Stanisław Lichosyt o ćwierćwieczu służby dla Suchej Beskidzkiej, o trudnych początkach, odpowiedzialności za miasto, obronie majątku, decyzjach, które wyznaczały kierunek jego rozwoju, i o tym, dlaczego warto było patrzeć dalej niż jedna kadencja.
Agnieszka Siwiec PS24: 25 lat temu miał Pan zostać burmistrzem na niespełna dwa lata. Dzisiaj mówimy o ćwierćwieczu kierowania Suchą Beskidzką. Czy w sierpniu 2001 roku ktokolwiek, łącznie z Panem, mógł przypuszczać, że ta historia potoczy się właśnie w ten sposób?
Stanisław Lichosyt: Podejmując wówczas decyzję o kandydowaniu, miałem na uwadze wyłącznie dokończenie kadencji i wykonanie zobowiązania, którego się podjąłem. Traktowałem to jako zadanie do wykonania, a nie życiową rolę. Miałem przecież własną, dobrze prosperującą firmę budowlaną i nie miałem ambicji bycia zawodowym samorządowcem. Zakładałem, że po niespełna dwóch latach wrócę do swojego biznesu.
Moja kandydatura nie była jednak przypadkowa. Od lat angażowałem się w sprawy Suchej Beskidzkiej jako radny, członek Zarządu Miasta, a następnie przewodniczący Rady Miasta i znałem problemy, z którymi miasto się mierzyło. Wiedziałem więc, w jakim miejscu jesteśmy i jak wiele jest do zrobienia. W tamtym czasie nie myślałem jednak o sobie jako o kimś, kto planuje karierę samorządową na ćwierć wieku. Chodziło o konkretną sytuację i odpowiedzialność za miasto, bowiem nie było tajemnicą, że angażowałem się w działania prowadzące do zmiany na stanowisku burmistrza, nie mogłem więc uciekać od odpowiedzialności za to, co stanie się później. A do objęcia funkcji na kilkanaście miesięcy nie było zbyt wielu chętnych. Ci, którzy chcieli, nie uzyskaliby większości w ówczesnej Radzie Miasta, która wtedy decydowała o wyborze. W tamtym wymagającym momencie miałem jednak wielkie szczęście do życzliwych mi ludzi, wspierało mnie wielu radnych i innych mieszkańców, którym tak samo jak mnie zależało na rozwoju Suchej Beskidzkiej.
Niewątpliwie była to jedna z najtrudniejszych decyzji w moim życiu. Z jednej strony miałem świadomość, że zostawiam firmę na barkach córki, która miała jeszcze niewielkie doświadczenie w tej branży, a z drugiej to właśnie poczucie odpowiedzialności za zmiany w Zarządzie Miasta, w których sam uczestniczyłem. Podejmując wyzwanie, chciałem ten czas wykorzystać na pracę i pokazać mieszkańcom, że dokonana zmiana, o którą zabiegaliśmy miała sens i nie była jedynie personalna. Postanowiłem, że osoby, które w tamtym czasie nie były mi przychylne, będę przekonywał nie słowami, lecz efektami swoich działań.
Wchodziłem do urzędu jako człowiek z zewnątrz, ze środowiska biznesu, z intencją uporządkowania bieżących spraw. Doskonale pamiętam to pierwsze zderzenie z ówczesnymi nawykami biurokratycznymi i dość powszechnym wtedy podejściem: „nie da się”. Wprowadziłem zmiany przede wszystkim w sposobie traktowania obowiązków przez pracowników, w obsłudze klienta i gospodarowaniu środkami budżetowymi. I właśnie te pierwsze kilkanaście miesięcy pokazały, że wiele rzeczy, które wcześniej wydawały się poza zasięgiem, przy odpowiednim podejściu i determinacji, konsekwencji i wykorzystaniu potencjału miasta było możliwych do zrealizowania.
To doświadczenie zmieniło moje spojrzenie na możliwości Suchej Beskidzkiej. Kiedy człowiek wchodzi w rytm codziennych problemów mieszkańców, każda inwestycja staje się częścią jego samego. Zacząłem patrzeć na miasto nie tylko przez pryzmat tego, czego mu brakuje, ale przede wszystkim przez pryzmat tego, co możemy wspólnie zbudować. Zobaczyłem potencjał, którego nie wolno było zmarnować i uwierzyłem, że można z tego miasta zrobić naprawdę dobre miejsce do życia i że warto spróbować podjąć się tej pracy na dłużej.
Potem przyszły bezpośrednie wybory burmistrza, pięciu kandydatów i zaufanie, które mieszkańcy okazali mi w 2002 roku w pierwszych bezpośrednich wyborach zmieniło tymczasowy epizod, w zobowiązanie. Zamiast planować powrót do biznesu, zacząłem realizować długofalową wizję dla Suchej Beskidzkiej.
Nie zmienia to faktu, że w sierpniu 2001 roku nie było żadnego planu pozostania na dłużej, a już na pewno nie na 25 lat. Była po prostu twarda decyzja, żeby wziąć odpowiedzialność i wykonać swoją pracę najlepiej, jak potrafię.
PS24: Tyle że te niespełna dwa lata, które miały być przede wszystkim okresem dokończenia kadencji, od początku okazały się czasem bardzo trudnych doświadczeń. Powódź, zniszczone ujęcie wody, fatalny stan oczyszczalni ścieków, problemy z odpadami, reformy oświatowe i tworzenie gimnazjów. Czy właśnie wtedy zrozumiał Pan, że funkcja burmistrza będzie wymagała znacznie więcej niż tylko sprawnego administrowania miastem?
Stanisław Lichosyt: Oczywiście decydując się na objęcie tak odpowiedzialnej funkcji miałem świadomość, że skala podejmowanych decyzji będzie zupełnie inna niż dotychczas. Obejmowałem Urząd Burmistrza kilka dni po wielkiej powodzi, która zniszczyła m.in. ujęcie wody dla miasta, podtopione domy m.in. na Kułasówce, Zasepnicy, przy ul. Nad Skawą, zniszczona infrastruktura drogowa. Trzeba było działać natychmiast, często intuicyjnie, ryzykując i biorąc pełną odpowiedzialność na własne barki. W dodatku tam, gdzie się pojawiałem mieszkańcy nie mieli zaufania do władz i demonstrowali swoje niezadowolenie obwiniając Gminę za brak odpowiedniej infrastruktury zabezpieczającej przed powodzią, zwłaszcza że podobne podtopienia zdarzały się cyklicznie. Te doświadczenia zdeterminowały mnie nie tylko do usuwania skutków powodzi, ale przede wszystkim do poszukiwania rozwiązań, które w przyszłości zabezpieczą mieszkańców i ograniczą straty. Tak więc w niedługim czasie zbudowaliśmy m.in. wał przeciwpowodziowy na Kułasówce oraz kanał pod torami kolejowymi odprowadzający wody przy ul. Nad Skawą, a w późniejszych latach wiele innych systemów zabezpieczających. Trzeba było też szybko przeciwdziałać katastrofie ekologicznej na oczyszczalni, gdzie niemal wszędzie wypływały osady ściekowe, a przestarzałe i awaryjne systemy napowietrzania były niewydolne. W ekspresowym tempie musieliśmy przystąpić do rozbudowy szkoły nr 1 na potrzeby gimnazjum. Inwestycja została zakończona w 2002 roku, a w późniejszym czasie wybudowaliśmy tam również nowoczesną halę sportową.
Zarówno sytuacje kryzysowe, jak też stan i potrzeby miasta utwierdziły mnie w przekonaniu, że burmistrz nie może być tylko urzędnikiem zza biurka. To przede wszystkim menedżer i gospodarz, który w godzinach próby musi stać na pierwszej linii frontu. Myślę, że już wtedy mieszkańcy zobaczyli, że nie uciekam przed problemami, a ja sam jeszcze bardziej sobie uświadomiłem, że zarządzanie miastem to misja 24 godziny na dobę.
PS24: W pierwszych latach nie wszystkie decyzje były jednak łatwe do pokazania mieszkańcom jako sukces. Początki głębokich reform w mieście często wiążą się z niepopularnymi krokami, których efekty widać dopiero po latach.
Stanisław Lichosyt: To jest faktycznie odwieczny dylemat każdego menedżera i gospodarza, który przybiera na sile zwłaszcza w dzisiejszych czasach – czy robić rzeczy widowiskowe pod publiczkę, czy inwestować w fundamenty, których nie widać, a które kosztują fortunę. Ja wybrałem tę drugą, znacznie trudniejszą drogę. Skupiam swoją uwagę przede wszystkim na pracy na rzecz lokalnej społeczności, a nie na budowaniu własnego wizerunku. I chyba właśnie tamten okres najlepiej pokazał, czym różni się odpowiedzialne zarządzanie miastem od podejmowania decyzji tylko pod kątem ich natychmiastowego efektu.
Najpierw trzeba było zbudować fundamenty. Kanalizacja sanitarna i inne podziemne inwestycje są tutaj najlepszym przykładem. Pamiętam jako jedną z pierwszych, budowę kanalizacji ściekowej od DT Juhas w kierunku Stryszawy. Dla przeciętnego mieszkańca to były lata rozkopanych ulic, błota pod oknami i uciążliwych utrudnień w ruchu, a dla mnie najważniejszym było poszukiwanie źródeł finansowania, pozyskanie ogromnych środków, jakie pochłaniały tego typu inwestycje oraz trudne rozmowy i uzyskiwanie zgód właścicieli nieruchomości na wykonanie przekopów. Pojawiało się niezadowolenie, czasami bunt, rozkopane miejsca trzeba było naprawiać, a w dodatku mieszkańcy zmuszeni byli płacić za ścieki do czego nie byli przyzwyczajeni. Trudno przecież zachwycać się rurą zakopaną w ziemi, ale bez tego miasto po prostu by się udusiło i nie mogło dalej rozwijać. Dziś, po wielu latach, ta mentalność na szczęście uległa zmianie. Zdecydowana większość mieszkańców ma już świadomość potrzeby ochrony środowiska naturalnego i zachowania tego co dała nam natura w jak najlepszym stanie dla obecnych i przyszłych pokoleń. Nie zmienia to faktu, że tego typu przedsięwzięcia nie są efektowne. Ja jednak zawsze traktowałem je jako fundamenty naszej egzystencji, bez których nie da się zbudować nowoczesnego miasta. Na przestrzeni lat na działania proekologiczne wydaliśmy gigantyczne środki. Warto tym miejscu wspomnieć chociażby o budowie sortowni i składowiska odpadów w ramach związku gmin ukończonej w 2003 roku, kompleksowej modernizacji oczyszczalni ścieków (2006/2007), rozbudowie systemów wodociągowych i budowie nowoczesnej stacji uzdatniania wody, czy też gazyfikacji miasta. Oczywiście takich decyzji i działań, które nie przynosiły natychmiastowych efektów i popularności było znacznie więcej. Gdy obejmowałem urząd, budżet miasta miał typowo konsumpcyjny charakter, trzeba było w sposób zdecydowany ciąć wydatki bieżące, aby wygospodarować z niego środki na rozwój i inwestycje. Zmiana mentalności w podległych jednostkach i samym urzędzie też wywoływała opór. Wprowadzenie kryteriów rynkowych, rozliczanie z efektów, a nie z samego przyjścia do pracy – to też nie przysparzało mi na początku popularności w niektórych środowiskach. Do tego wszystkiego bardzo aktywna wówczas opozycja, która nie mogła się pogodzić z tym, że to ja zarządzam miastem – człowiek z Orawy, bez suskich korzeni. Przez pierwsze lata bardzo mocno starali się, żeby mój mandat burmistrza został wygaszony, szukając pretekstu w tym, że przed objęciem funkcji nie zlikwidowałem natychmiast założonej przez siebie firmy, choć formalnie zawiesiłem w niej działalność.
Czas pokazał, że mieszkańcy Suchej Beskidzkiej docenili moje zaangażowanie, odpowiedzialność i dalekowzroczność. Jednak te pierwsze lata były dla mnie prawdziwą szkołą cierpliwości i wielkim testem na odporność. Ugruntowały we mnie świadomość, że pełniąc tak ważną funkcję, trzeba być niezwykle konsekwentnym, ale też trzeba mieć po prostu grubą skórę.
PS24: Umiejętność patrzenia dalej niż inni i przewidywanie. To określenie bardzo dobrze pasuje do jednej z najważniejszych historii tych 25 lat – zamku. Dzisiaj Sucha Beskidzka jest właścicielem jednego z najbardziej rozpoznawalnych zabytków regionu, pięknie odrestaurowanego i tętniącego życiem. Ale przecież droga do tego była niezwykle trudna, ponad dwie dekady postępowań reprywatyzacyjnych, które obejmowały nie tylko zamek ale wiele innych nieruchomości na terenie Suchej Beskidzkiej.
Stanisław Lichosyt: Roszczenia reprywatyzacyjne były absolutnie najważniejszą i najtrudniejszą batalią, jaką przyszło mi stoczyć dla Suchej Beskidzkiej. Kiedy dziś patrzy się na zamkowy dziedziniec, odnowione sale wystawowe czy otaczający zamek park, łatwo zapomnieć, jak bliscy byliśmy utraty tego wspaniałego miejsca. Ten zamek mógł skończyć tak, jak wiele podobnych zabytków w Polsce – jako niedostępna dla nikogo, niszczejąca ruina, całkowicie odcięta od tkanki miejskiej.
Zamek Suski był oczywiście najbardziej spektakularnym symbolem tej batalii, ale sprawa miała o wiele szerszy i głębszy wymiar. Dziś mało kto pamięta, że tereny wzdłuż głównej arterii miasta, czyli ul. Mickiewicza po jednej i drugiej stronie drogi aż do dworca PKP, należały przed wojną do rodziny hrabiego Tarnowskiego. Ich spadkobiercy wystąpili o zwrot tych nieruchomości już wiosną 2001 roku. Od tamtego momentu przeszliśmy przez koszmarną drogę: kilkadziesiąt decyzji i wyroków wydanych przez różne instytucje i Sądy, najczęściej niekorzystnych dla miasta, dziesiątki odwołań, apelacji, poszukiwania i przygotowania dokumentacji historycznych i prawnych. Do tego dochodziły nagłe zwroty sytuacji i nieprzewidywalne zmiany w orzecznictwie Sądów. W tym wszystkim najtrudniejsza była jednak presja psychiczna – chwile zwątpienia i brak wiary w pomyślne zakończenie, które udzielały się nie tylko współpracującym ze mną prawnikom, ale również części mieszkańców. Słyszałem głosy swoich oponentów, którzy krytykowali mnie za to, że „nie potrafię się dogadać” z Tarnowskimi przyjmując ich warunki, a te przecież były jednoznaczne: albo zwrot strategicznych dla miasta nieruchomości, albo wypłata ogromnych odszkodowań, które zrujnowałyby budżet. Trzeba było wykazać się ogromną odpornością i determinacją, aby w tym całym zamieszaniu i prawnym chaosie nie stracić z oczu interesu publicznego. Kosztowało to mnóstwo energii, tysiące godzin analiz prawnych i trudnych rozmów. Ostatecznie, dzięki wytrwałym dążeniom do celu, po dwudziestu latach twardej walki, doczekaliśmy się korzystnych zmian w prawie i mimo potężnych obciążeń historyczno-prawnych, Sucha Beskidzka obroniła majątek o gigantycznej wartości, nie wstrzymując przy tym swojego rozwoju. Tarnowscy też dopięli swego, za pozostawione w Suchej nieruchomości otrzymali odszkodowanie, ale nie z budżetu Suchej Beskidzkiej.
Patrząc na tę sprawę z perspektywy czasu i w kontekście wciąż trwających dyskusji o ograniczaniu kadencyjności w samorządach, nie mam najmniejszych wątpliwości: gdyby w Suchej Beskidzkiej dochodziło wtedy do częstych zmian na stanowisku burmistrza, te strategiczne tereny już dawno nie należałyby do gminy. Przyczyna jest prosta – zanim nowy włodarz zdążyłby w ogóle zapoznać się z tak skomplikowanymi postępowaniami reprywatyzacyjnymi, niekorzystne dla miasta decyzje stawałyby się prawomocne i cenne nieruchomości trzeba byłoby zwrócić.
Jeśli chodzi o sam zespół zamkowo-parkowy, sądy nie miały wątpliwości. Uznano, że zamek był domem mieszkalnym rodziny Tarnowskich, w związku z czym nie mógł podlegać powojennej reformie rolnej i został wówczas nacjonalizowany bezprawnie. Z tymi faktami nie dało się dyskutować.
Dlatego w 2016 r. za zgodą Rady Miasta, po niezwykle trudnych negocjacjach, wykupiłem zespół zamkowo-parkowy od spadkobierców przedwojennych właścicieli. Był to moment przełomowy i ewenement w skali kraju, gdzie samorząd podjął się odkupienia i ratowania dla lokalnej społeczności zabytku tej klasy i ogromnej wartości historycznej. Ostateczne uregulowanie stanu prawnego otworzyło nam drzwi do pozyskania unijnego dofinansowania i zapoczątkowało jeden z najbardziej kompleksowych i ambitnych procesów rewaloryzacji zabytku w Polsce. Pamiętam sceptycyzm i głosy niektórych osób rzucane czasem z pewną ironią: „Po co to kupować i wydawać tyle pieniędzy? Przecież zamku nikt z Suchej nie wywiezie”. Owszem, fizycznie nikt go nie mógł wywieźć, ale nietrudno było przewidzieć, jak wyglądałby za kilkanaście lat w prywatnych rękach i czy ktokolwiek z nas mógłby do niego swobodnie wejść.
Prace konserwatorskie i restauratorskie obejmowały nie tylko sam Zamek, ale również park zamkowy i oranżerię. Dziś cały kompleks zachwyca skalą odnowy i dbałością o detal, prawdopodobnie nigdy w swojej 600 - letniej historii nie wykonano tak wielu prac w krótkim czasie i nigdy nie wyglądał lepiej niż obecnie. Ale najważniejsze jest to, że to miejsce żyje — tętni kulturą, historią i społeczną energią. Jest przestrzenią spotkań, wydarzeń, edukacji i budowania lokalnej tożsamości. Suski „Mały Wawel” jest naszą dumą i sercem miasta, miejscem, które łączy przeszłość z teraźniejszością i w wyjątkowy sposób służy mieszkańcom oraz odwiedzającym. Dla mnie osobiście największe znaczenie ma to, że jest naszą własnością i jedną z najpiękniejszych części miasta. Spłaciliśmy zaciągnięte kredyty, a decyzji, która kiedyś wymagała wiary, determinacji i wielkiej odpowiedzialności, dziś już nikt nie ma odwagi podważać, ani krytykować. I to jest dla mnie jedna z najważniejszych rzeczy dokonanych w ciągu tych 25 lat.
PS24: Czy właśnie przykład zamku najlepiej pokazuje Pana sposób myślenia o mieście?
Stanisław Lichosyt: Pewnie można oceniać mój sposób myślenia również przez pryzmat zamku. Ten zabytek udowadnia bowiem, że miasto potrzebuje zarówno sprawnej infrastruktury podziemnej, o której rozmawialiśmy wcześniej, jak i swojej własnej tożsamości oraz dumy.
Historia zamku skupia w sobie jak w soczewce wszystkie zasady, którymi niezmiennie kieruję się w zarządzaniu Suchą Beskidzką: wytrwałość, cierpliwość, twardą pragmatykę i dalekowzroczność. Pokazuje też, że nie boję się brać na siebie pełnej odpowiedzialności w momentach krytycznych. Oczywiście wydaliśmy ogromne pieniądze, aby doprowadzić te zabytkowe obiekty do obecnego stanu, można było też podzielić je na drobne, bieżące obietnice w każdym rejonie Suchej, ale wybraliśmy trudniejszą drogę, inwestując w fundament, który dziś stał się kołem zamachowym rozwoju kultury, dziedzictwa i wizerunkiem całego regionu.
Kierując samorządem trzeba mieć odwagę podejmować decyzje, których nie da się „sprzedać” jednym prostym zdjęciem z dnia otwarcia. Pokazaliśmy, że niemożliwe nie istnieje, jeśli ma się jasną wizję i determinację, by ją zrealizować. Tak więc, jeśli to odrestaurowane, tętniące życiem miejsce najlepiej oddaje mój sposób myślenia o Suchej Beskidzkiej, to przyjmuję to jako wielki komplement.
PS24: Przez 25 lat nie wszystko jednak było sukcesem. Były decyzje krytykowane, były spory, trudne inwestycje, sytuacje wymagające tłumaczenia mieszkańcom swoich racji. Jak Pan dzisiaj patrzy na krytykę?
Stanisław Lichosyt: Krytyka jest nieodłączną częścią funkcji publicznej. Jeżeli ktoś podejmuje decyzje, które dotyczą całej wspólnoty, musi liczyć się z tym, że nie wszyscy będą je oceniali tak samo. Nie uważam, że burmistrz zawsze musi mieć rację. Uważam natomiast, że nie może niczego ukrywać. W relacjach z Radą Miasta zawsze starałem się prowadzić otwarty dialog z poszanowaniem każdego głosu, opierając dyskusję na twardych argumentach, a w razie potrzeby stanowczo broniąc i uzasadniając swoje racje. Radni, z którymi współpracuję, o wszystkich ważnych decyzjach wiedzą z odpowiednim wyprzedzeniem. Jestem głęboko przekonany, że taki styl buduje autentyczne zaufanie.
Nie mniej jednak samorząd to żywy organizm, w którym ścierają się skrajne interesy różnych grup mieszkańców. Jeśli ktoś pełni tak ważną funkcję przez 25 lat i twierdzi, że wszystko mu się udało, a po drodze nie popełnił żadnych błędów, to po prostu nie mówi prawdy. Pamiętam np. sytuację sprzed kilkunastu lat, która dotyczyła starej lokomotywy stojącej na zapleczach terenów kolejowych, chyba to była TKt48. Miałem już zawartą umowę depozytową z PKP i wybrane miejsce ekspozycji na starym, betonowym schronie w sąsiedztwie Urzędu Pracy, gdzie miała stać jako symbol „miasta kolejarzy”. W pewnym momencie, gdy byłem na urlopie, zadzwonił do mnie jeden z dyrektorów z PKP z Warszawy, który sobie nagle przypomniał, że tę samą lokomotywę obiecał gdzieś do Zielonej Góry i bardzo przepraszał za zamieszanie. Do dziś nie mogę sobie wybaczyć, że przyjąłem jego tłumaczenie i odpuściłem temat, zamiast natychmiast interweniować na wyższych szczeblach. Efekt był taki, że gdy wróciłem do Suchej z urlopu, lokomotywy już nie było. Niewątpliwie uznaje to za swoją osobistą porażkę. Nieco innym przykładem krytykowania moich decyzji, tym razem zakończonej pełny sukcesem, była budowa mostu na Stryszawce w ciągu ul. Beniowskiego. Jeden z mieszkańców ul. Batalionów Chłopskich dwoił się i troił, aby nie dopuścić do budowy mostu, buntował innych mieszkańców, zbierał podpisy, wnosił odwołania, krytykował każde rozwiązanie projektowe. Udało mu się opóźnić inwestycję, ale nie zablokować. W tym przypadku nie poszedłem na żadne ustępstwa wiedząc, że ten most jest konieczny dla usprawnienia komunikacji, ale przede wszystkim miał i ma nadal strategiczne znaczenie dla dalszego funkcjonowania i rozwoju największej dziś firmy w naszym powiecie Fideltronika. Zapewne, gdyby ten most wtedy nie powstał, firma, która dziś zatrudnia tysiące pracowników, płaci podatki do gminnej kasy i przy tym nie jest w żaden sposób uciążliwa dla środowiska i mieszkańców, skorzystałaby z jednej z wielu kuszących propozycji i przeniosła swoją działalność np. do Oświęcimia lub Skawiny.
Chce jednak podkreślić, że dzisiaj patrzę na krytykę z o wiele większym spokojem i dystansem niż ćwierć wieku temu, bo jeśli jest konstruktywna, to może być bezcennym narzędziem weryfikacji własnych działań. Przez te 25 lat diametralnie zmienił się jednak charakter krytyki. Dawniej rozmawialiśmy twarzą w twarz lub na łamach prasy, dziś dyskusja w dużej mierze przeniosła się do internetu, gdzie merytoryczny spór zbyt często ustępuje miejsca zwykłemu hejtowi. Nauczyłem się te dwie rzeczy od siebie ostro odcinać. Anonimowym złośliwościom i internetowym zaczepkom po prostu nie ulegam i rezygnuję z reagowania na takie wpisy.
PS24: Spotykamy osoby, które odwiedzają Suchą Beskidzką po latach i każdy podkreśla, że miasto zmieniło się nie do poznania. Stała się miastem nowoczesnym ocenianym wysoko, jako dobre miejsce do życia, nie tylko z przebudowaną miejską infrastrukturą komunalną, drogową, ale również sportową i kulturalną i dobrymi warunkami do inwestowania. Co w Pana ocenie uległo największej przemianie, a co uważa Pan za największy sukces?
Stanisław Lichosyt: Największą przemianą, jaka dokonała się w Suchej Beskidzkiej, jest to, że z miasta borykającego się z głębokimi problemami strukturalnymi i infrastrukturalnymi, staliśmy się nowoczesnym, samowystarczalnym miastem stawianym dziś innym za wzór. Można by powiedzieć, że na przestrzeni ćwierć wieku zmieniliśmy pozycję startową Suchej Beskidzkiej, jednakże w moim przekonaniu, ta największa przemiana ma głębsze, mniej widoczne na pierwszy rzut oka podłoże.
W 2001 roku rozmawialiśmy o podstawowych problemach związanych z brakiem odpowiedniej infrastruktury komunalnej, zabezpieczeniach przeciwpowodziowych, konieczności rozbudowy kanalizacji sanitarnej, sieci wodociągowych, modernizacji oczyszczalni ścieków i stacji uzdatniania wody, gazyfikacji, dziurawych drogach i braku pieniędzy na wkład własny. Dziś dyskutujemy o ciągłym podnoszeniu poziomu jakości życia, o nowoczesnej kulturze, infrastrukturze sportowej na najwyższym poziomie, budowie mieszkań dla młodych na długoterminowy najem, czy bezpiecznej i płynnej komunikacji drogowej. Przeszliśmy trudną drogę od sytuacji kryzysowych do zrównoważonego i stabilnego rozwoju. Czas pokazał słuszność podejmowanych, często niepopularnych, ale przemyślanych decyzji i konsekwentnej realizacji zadań planowanych racjonalnie i wykonywanych według odpowiedniej kolejności. Przy czym ta właśnie kolejność była kluczowa. Najpierw należało zbudować stabilne fundamenty w postaci m.in. bardzo kosztownych instalacji podziemnych, rozwiązać problemy z odpadami, a potem myśleć o budowie ładnego chodnika, czy asfaltowej drogi. Z całą pewnością w pierwszych latach mojego urzędowania nie było zbyt wiele inwestycji spektakularnych – no, może oprócz nowej hali sportowej przy szkole i krytej pływalni, którą zbudowaliśmy wspólnie z Powiatem Suskim, spełniając wieloletnie marzenie mieszkańców. Dziś możemy się skupiać na problemach demograficznych i budowie mieszkań, aby przyciągnąć nowych mieszkańców, poprawie estetyki przestrzeni publicznej, miejscach rekreacji, czy też budowie ronda na drodze krajowej 28.
Co uważam za największy sukces? Na to pytanie nie da się odpowiedzieć jednym zdaniem. Ogromnym sukcesem jest bez wątpienia wybudowanie nowoczesnego Centrum Kultury i Filmu, uratowanie i odrestaurowanie zamku z oranżerią, ale też np. założenie i zorganizowanie samorządowej Szkoły Muzycznej, która w ciągu kilku lat działalności podniosła poziom muzyczny w całym regionie o kilka stopni. Jednak prawdziwym sukcesem jest synergia - czyli połączenie tych wszystkich elementów w jedną, spójną całość, która sprawia, że Sucha Beskidzka jest po prostu dobrym i bezpiecznym miejscem do życia.
Jeśli jednak miałbym wybrać coś o wymiarze symbolicznym, to największym sukcesem jest odzyskane poczucie dumy i nowa mentalność mieszkańców. Dzisiaj Suszanie są dumni ze swojego miasta. Wiedzą, że Sucha Beskidzka pod względem infrastruktury, oferty kulturalnej czy warunków do życia nie tylko nie ustępuje większym miastom, ale w wielu rankingach zostawia je w tyle. Zbudowaliśmy silną, lokalną tożsamość na solidnym fundamencie. I to, że nasze miasto jest dziś stawiane za wzór dobrze zarządzanego samorządu, to zasługa nas wszystkich – stabilnej współpracy z Radą Miasta, zaangażowania urzędników i zaufania samych mieszkańców.
PS24: Wspomniał Pan właśnie o problemach demograficznych i budowie mieszkań jako o wyzwaniu na dziś. Konkretny i bardzo mocny sygnał już zresztą poszedł w miasto: trzy nowoczesne budynki i aż 114 mieszkań. Dlaczego właśnie teraz nadszedł moment na tak potężną inwestycję mieszkaniową w Suchej Beskidzkiej
Stanisław Lichosyt: W Suchej Beskidzkiej podaż nowych mieszkań w poprzednich kilkunastu latach miała charakter niemal wyłącznie budownictwa indywidualnego, ponieważ w ciągu blisko 40 lat w budownictwie wielomieszkaniowym oddany został do użytku zaledwie jeden blok mieszkalny. Głównym powodem zastoju w budownictwie wielomieszkaniowym był brak odpowiednich terenów oraz postępowania reprywatyzacyjne, którymi były objęte również tereny, na których obecnie trwa budowa bloków. Właściwie dopiero dwa lata temu mogliśmy zacząć poważnie myśleć o wielkich inwestycjach mieszkaniowych na tzw. terenach potartacznych przy ul. pułk. T. Semika.
Sucha Beskidzka, podobnie jak wiele innych miast, stoi przed wyjątkowymi wyzwaniami związanymi ze strukturą społeczną i problemami demograficznymi. W tej sytuacji podjęliśmy te wyzwania, traktując inwestycje mieszkaniowe jako narzędzie walki z kryzysem demograficznym. Naszym celem jest przede wszystkim zatrzymanie w Suchej Beskidzkiej ludzi młodych, kierując ofertę mieszkań na wynajem długoterminowy do osób rozpoczynających karierę zawodową, rodzin z dziećmi, których zarobki nie są niskie, ale nie stać ich na zakup mieszkania. Oferta będzie również kierowana do osób zatrudnionych w lokalnych przedsiębiorstwach lub instytucjach, które dziś dojeżdżają z innych gmin, a także tych, którzy kiedyś wyjechali i aktualnie planują powrót do rodzinnego miasta uzależniając, decyzję od warunków mieszkaniowych. Mieszkania na wynajem długoterminowy z możliwością dojścia do własności to także nasza karta przetargowa w pozyskiwaniu wysokiej klasy specjalistów, np. lekarzy, inżynierów i przedstawicieli innych zawodów, których braki zakłócają funkcjonowanie szpitala i lokalnych firm.
Budowa bloków jest obecnie w stadium zaawansowanym i zgodnie z zawartą umową z wykonawcą, 114 mieszkań ma być gotowych jesienią 2027 roku. Zakładam, że do listopada tego roku opracujemy szczegółowe zasady naboru i być może jeszcze przed końcem roku mieszkańcy będą mogli składać pierwsze wnioski.
PS24: Zarządzanie miastem przez 25 lat to ogromny dorobek. Czy dziś patrzy Pan na Suchą Beskidzką jak na gotowe dzieło, czy miejsce kolejnych wyzwań?
Stanisław Lichosyt: Faktem jest, że przez te wszystkie lata zbudowaliśmy miasto, w którym dobrze się żyje. Są tacy, którzy nam zazdroszczą, a dla wielu jesteśmy przykładem i wzorem dobrych rozwiązań infrastrukturalnych i organizacyjnych.
Mam jednak nadzieję, że nigdy nikomu w przyszłości nie przyjdzie do głowy, żeby powiedzieć, że Sucha Beskidzka ma już wszystko i ograniczy się jedynie do administrowania miastem. Ktoś, kto uważa, że jego miasto jest już „gotowym dziełem”, powinien natychmiast oddać klucze do urzędu, bo to oznacza, że zabrakło mu wizji i zaczął odcinać kupony od dawnych sukcesów.
Pamiętam, jak ktoś z moich znajomych zapytał mnie: „co ty będziesz robił przez kolejną kadencję, skoro tyle już zrobione” i wyliczał te wszystkie inwestycje. Od tamtego czasu upłynęło kilkanaście lat i wciąż jeszcze pozostaje wiele do zrobienia. Świat pędzi naprzód,
a przed nami stoją zupełnie nowe wyzwania, dzisiaj są nimi: budowa bloków mieszkalnych, nowych miejsc rekreacji, budowa ronda na drodze krajowej, potem będą kolejne i kolejne. Dopóki sprawuję ten urząd, czuję dokładnie taką samą odpowiedzialność za rozwój i przyszłość Suchej Beskidzkiej jak na samym początku. Dla mojego miasta nie można pracować na tzw. „pół etatu”, mam jeszcze wiele ciekawych pomysłów...
-
Rozmawiała Agnieszka Siwiec
PowiatSuski24.pl
Portal zaznacza sobie prawo do usuwania komentarzy, bez uprzedzenia osoby komentującej. Pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy.







